Gdy w kalendarzu wybił początek czerwca 2026 roku, spragniony otwartych przestrzeni i uroków dzikiej przyrody ruszyłem wraz z grupą przyjaciół ze Stowarzyszenia Motocykliści Zduńska Wola po kolejną przygodę. Cel był jasny: odkryć najbardziej niezwykłe, wielokulturowe i mistyczne zakątki Podlasia.
Przez cztery dni pokonaliśmy niemal 1500km, a naszą bazą wypadową, do której codziennie wracaliśmy po pełnych wrażeń trasach, stała się klimatyczna Oberża w Borsukach. To miejsce zasługuje na osobną opowieść – gościnność gospodarzy i serce, jakie wkładają w prowadzenie tego zakątka, sprawiły, że po każdym dniu w siodle czuliśmy się tam jak w domu. Oto jak wyglądała nasza podlaska odyseja.
Trasa ze Zduńskiej Woli minęła nam sprawnie ale przerywana była postojami na zakładanie lub zdejmowanie przeciwdeszczówek. Cóż, aura nie sprzyjała. Krajobraz za mokrymi szybkami kasków gęstniał, ustępując jednak miejsca malowniczym nadbużańskim terenom. Naszym pierwszym celem na podlaskiej ziemi był Kasztel-ik Korona Podlasia we wsi Olendy.
To prywatna, miniaturowa warownia rodem z powieści fantasy. Największy podziw wzbudził w nas fakt, że pan Jerzy Korowicki – z zawodu budowlaniec i pasjonat historii – wzniósł ten zamek całkowicie własnymi rękami, bez użycia ciężkiego sprzętu! Samodzielnie łupane kamienie polne, fosy, zwodzony most, smok ze swoją jamą oraz taras widokowy z panoramą na dolinę Bugu zrobiły na nas piorunujące wrażenie. Miło nam była porozmawiać z Panem Jerzym o jego niezwykłej pasji.
Popołudniem dotarliśmy, po przeprawie przez Bug promem „napędzanym ręcznie”, do wspomnianej Oberży w Borsukach. Zapach domowej kolacji i widok uśmiechniętych właścicieli, którzy powitali nas na podjeździe, natychmiast zregenerowały nasze siły. Spędzony w klimatycznych wnętrzach wieczór upłynął na rozmowach o motocyklowej pasji i planowaniu kolejnych dni.
Drugi dzień nie przywitał nas pięknym słońcem, ale co tam, z cukru nie jesteśmy. Ruszyliśmy w stronę Świętej Góry Grabarki, czyli serca polskiego prawosławia. Tysiące drewnianych i metalowych krzyży wotywnych otaczających Cerkiew Przemienienia Pańskiego tworzą tam atmosferę głębokiej zadumy i absolutnej ciszy. Przemyliśmy twarze wodą z cudownego źródełka u podnóża góry i ruszyliśmy dalej.
Potrzebując zatankować maszyny wybraliśmy celowo Grodzisk bowiem mieści się tam Stacja paliw Skolim, która zamiast nudnego, sieciowego wyglądu, jest po prostu…. różowa. Również piana w myjni samochodowej okazała się różowa.
Kolejnym przystankiem był monumentalny Sobór Świętej Trójcy w Hajnówce. Ta unikalna cerkiew zachwyca nowoczesną formą architektoniczną oraz niesamowitymi, barwnymi polichromiami greckiego artysty we wnętrzu.


Trzeciego dnia słońce wreszcie wyszło na dobre. Czekała nas długa i ekscytująca trasa. Najpierw obraliśmy kurs na Tykocin, gdzie podziwialiśmy późnobarokowy Kościół Świętej Trójcy ze wspaniałymi rokokowymi organami i bogatym wnętrzem ufundowanym przez hetmana Jana Klemensa Branickiego.
Tuż obok, przy Małym Rynku, wkroczyliśmy w zupełnie inny świat, zatrzymując się przed Wielką Synagogą. To druga co do wielkości i jedna z najstarszych oraz najlepiej zachowanych XVII-wiecznych bóżnic w Polsce. To potężny i namacalny ślad żydowskiej historii tego miejsca.
Tuż po opuszczeniu murów świątyni skierowaliśmy nasze maszyny na drugi brzeg rzeki, gdzie dumnie wznosi się Zamek w Tykocnie. Zaskoczeniem dla nas było to, że to nie jest „oryginał” lecz rekonstrukcja XV-wiecznej twierdzy króla Zygmunta II Augusta. Ale i tak zrobiła na nas ogromne wrażenie.
Stamtąd przenieśliśmy się do Białegostoku, by na własne oczy zobaczyć Pałac Branickich, dumny „Wersal Podlasia”. Spacer po geometrycznych ogrodach francuskich pozwolił nam na chwilę rozprostować nogi po wielogodzinnej jeździe.
W samym mieście zjedliśmy lody i pospacerowaliśmy by poznać choć troszkę miasto bliżej.
Ostatni, powrotny dzień wyprawy zaczęliśmy od wizyty w historycznej stolicy regionu – Drohiczynie. Dla nas był to punkt obowiązkowy, ponieważ mieści się tam niesamowita Wystawa Starych Motocykli. Oglądanie kultowych, odrestaurowanych Junaków (naszych „polskich Harleyów”), SHL-ek, WFM-ek, a także czechosłowackich Jaw, radzieckich Dnieprów oraz motocykli belgijskich i francuskich obudziło w nas potężną dawkę nostalgii. Zapach starej techniki dopełniły ten genialny klimat. Zupełnie przypadkowo spotkaliśmy się tam ze sporą grupą innych motocyklistów, również przemierzającą naszą piękną Polskę.
Uparliśmy się by przejechać polską Route 66, czyli drogą krajową 66. Ot, po prostu zwykła trasa...
Przystanęliśmy również w telewizyjnym Królowym Moście.
Zduńska Wola przywitała nas popołudniem rześkim powietrzem. Podlasie 2026 oficjalnie dobiegło końca, ale wspomnienia unikalnych miejsc, setek przejechanych zakrętów i niezwykłej gościnności zostaną z nami na całe życie.
Ta relacja nie byłaby pełna bez wspomnienia o naszej bazie noclegowej.
Oberża w Borsukach okazała się strzałem w dziesiątkę i prawdziwą oazą dla zmęczonych trasą motocyklistów.
Właściciele oberży to ludzie o wielkich sercach i ogromnej pasji, którzy witają gości nie jak klientów, ale jak dobrych, starych przyjaciół. Domowa, niezwykle serdeczna atmosfera, dbałość o każdy detal oraz wyśmienita, regionalna kuchnia, która po całym dniu w siodle smakowała jak nektar bogów, na zawsze pozostaną w naszej pamięci. Rozmowy z gospodarzami przy wieczornym piwie, ich bezinteresowna życzliwość i otwartość sprawiły, że to miejsce ma duszę. Jeśli kiedykolwiek będziecie planować trasę w tamte rejony – Oberża Borsuki to punkt absolutnie obowiązkowy.
Komentarze
Prześlij komentarz
Napisz co o tym myślisz.