Wielka pętla polskich osobliwości
Kiedy planujesz trasę, która łączy replikę legendarnego trójpłatowca Czerwonego Barona, tajemnicę hitlerowskiego projektu Molke, siekierę wbitą w stół, zrujnowane pałace, Misia Uszatka i... największy grzejnik w Polsce, wiesz, że to nie będzie zwykła wycieczka wokół komina. Ruszyłem ze Zduńskiej Woli z jednym planem: jechać przed siebie lokalnymi krętymi drogami i chłonąć miejsca, o których większość turystów nie ma pojęcia.
Dzień 1
Początek mojej podróży to turystyczny przejazd do Jarocina – miasta
słynącego od 1970 roku z Festiwalu Muzyków Rockowych (dawniej to był Ogólnopolski
Przegląd Muzyki Młodej Generacji). Festiwal, istniejący w obecnej formie od
1980 roku z inicjatywy Waltera Chełstowskiego, był największym festiwalem
muzyki rockowej na obszarze dawnego bloku wschodniego. To właśnie tamten
legendarny Festiwal w Jarocinie stał się bezpośrednią inspiracją dla Jurka
Owsiaka do stworzenia Przystanku Woodstock a obecnie Pol'and'Rock Festival.
Ówczesnym symbolem Festiwalu w Jarocinie były buty zwane do dziś glanami. I ten
glan ma swoje specjalne miejsce w centrum miasta.
Muzeum Arkadego Fiedlera to idealny motywacyjny kopniak na start wyprawy – duch wielkich podróży aż unosi się w powietrzu. To niezwykle klimatyczne miejsce stworzone w domu znanego polskiego podróżnika i pisarza. Zobaczysz tu egzotyczne eksponaty z całego świata, pamiątki z jego wypraw oraz repliki słynnych statków, w tym legendarnym „Santa María” Kolumba w skali 1:1 (sądziłem, że to był większy statek…). Każdy chyba zna książkę lub film pt. „Dywizjon 303” autorstwa Arkadego Fiedlera. I dlatego nie bez powodu stoi tu replika słynnego myśliwca z okresu Bitwy o Anglię - Hawker Hurricane.
Dalej trasa poprowadziła mnie na zachód. Trafiłem do miejsca gdzie tablica ostrzegała, że wchodzić tam nie wolno, że jest niebezpiecznie. No to po co tu przyjechałem? O to chodzi - kto nie ryzykuje ten nie pije szampana. Kombinat DAG Alfred Nobel w Krzystkowicach zrobił potężne wrażenie – betonowe kolosy ukryte w lesie, gdzie natura powoli wyszarpuje swoje terytorium. Do dziś zachowały się tam betonowe silosy, ruiny hal produkcyjnych oraz ogromne oczyszczalnie ścieków. To absolutna gratka dla miłośników historii militarnej i klimatów postapokaliptycznych.
Dzień 2
Niestety, nowy dzień na Dolnym Śląsku przywitał mnie tym, co motocykliści "lubią" najbardziej. Ciemne chmury, nagły spadek temperatury i pierwszy taniec z przeciwdeszczówkami na poboczu. W chwili wolnej od deszczu mijałem opuszczony, widmowy Wróblin Głogowski, co tylko dodało mu mrocznego klimatu. To niemal całkowicie opuszczona wieś, której mieszkańcy zostali wysiedleni ze względu na sąsiedztwo i szkodliwy wpływ Huty Miedzi Głogów. Pośród dzikiej zieleni wciąż stoją tu niszczejące domy, puste gospodarstwa oraz samotny, zabytkowy kościół. Miejsce to robi niesamowite, nieco przygnębiające i nostalgiczne wrażenie. Cały teren w zasadzie ogrodzony jest drucianą siatką. Dobrze, że kościół jest zabezpieczony przed degradacją.
Na szczęście mogłem schronić się pod dachem nowego
interaktywnego i pięknego Żywego Muzeum Ceramiki w Bolesławcu. Warto tu wejść, bowiem widać nie
tylko nową myśl w ekspozycji okazów porcelany ale również interaktywnie możne
śledzić rozwój miasta i samą produkcję. Nie ukrywam, że bawiłem się tymi
przyciskami i ekranami dotykowymi jak dziecko. W sklepiku można również nabyć
cacuszka bolesławieckiej porcelany. Za wyjątkiem największej na świecie filiżanki. Ciekawe czy ktoś dałby radę takiej "kawusi".
Co ważne fabryki nadal tu działają w
przeciwieństwie do tych z Wałbrzycha.
W Pławnej Dolnej pogoda ulitowała się. Średniowieczny Gród i monumentalna
Arka Noego wciśnięta w sudecki krajobraz to totalny kosmos artystyczny. Magiczna rekonstrukcja drewnianego grodu obronnego,
stworzona została przez lokalnego artystę Dariusza Milińskiego. Na miejscu
można poczuć ducha dawnych epok, postrzelać z łuku, zobaczyć narzędzia tortur
oraz wejść do wnętrza drewnianych chat. To przestrzeń, gdzie historia łączy się
z baśniową sztuką i rzemiosłem. Kolejna spektakularna instalacja Dariusza
Milińskiego, stojąca tuż obok wspomnianego grodu. Jest to potężna, drewniana
replika biblijnej arki o długości kilkudziesięciu metrów, usytuowana na
wzgórzu. Ale to nie wszystko! Dariusz Miliński zbudował też zamek! Musicie tu
koniecznie przyjechać. Najlepiej z dziećmi.
Kilka razy byłem już na Zaporze Pilichowickiej.
Jednak w tym roku rozpoczęto jej remont i spuszczono wodę z tego wielkiego
zbiornika. Przystanąłem więc by popatrzeć jak tak wielki zbiornik wodny wygląda
bez wody.
Lubię zaglądać do urbexów i dlatego w Jeleniej
Górze przystanąłem w dwóch miejscach. Ruiny dawnych Zakładów Włókien
Chemicznych „Chemitex-Celwiskoza” to potężny, poprzemysłowy kompleks o
powierzchni kilkudziesięciu hektarów. W czasach PRL była to jedna z
największych fabryk w regionie, a dziś to jeden z największych i najbardziej
rozpoznawalnych obiektów typu urbex w Polsce. Zakłady funkcjonowały w latach
1947–1989. Ze względu na przestarzałą technologię produkującą włókna wiskozowe,
fabryka była ogromnym trucicielem i została zamknięta u schyłku komunizmu z
powodu narastającej katastrofy ekologicznej w Kotlinie Jeleniogórskiej. Trzy
główne kominy fabryki zostały zburzone, jednak część hal ocalała. Czułem
niedosyt exploracji opuszczając to miejsce.
Drugim urbexem w Jeleniej Górze był Basen „Rakownica”
. Dojechać tam nie było łatwo ale ni po to mam X-ADV by choćby spróbować.
Umęczyłem się mocna przez błotnistą i grząską drogę. Basen zbudowany w czynie
społecznym oddany był do użytku w 1974 roku. Posiadał basen główny oraz brodzik
dla dzieci. Ze względu na problemy sanitarne z zasilaniem wodą z potoku, obiekt
został zamknięty. Dziś to miejsce jest pochłaniane przez przyrodę.
Z Jeleniej Góry ruszyłem dalej do Kowar. Cieszyłem się jak dziecko gdyż trasa od Bolesławca to mnóstwo pięknych serpentyn poprowadzonych przez przepiękne okolice. Każdemu polecam nie główne drogi lecz te, którymi ja jechałem. Banan z twarzy mi nie schodził.
Kowary słynęły z produkcji dywanów oraz …. z wydobycia rud uranu na potrzeby naszych „braci” ze Związku Radzieckiego. Dziś w dawnej fabryce dywanów urządzono Muzeum Sentymentów. Tęsknisz za zapachem gumy Turbo, szumem czarno-białego telewizora i kultowym smakiem oranżady z foliowej torebki? A może chcesz pokazać dzieciom, jak wyglądało życie przed erą smartfonów? To jedyne miejsce w Polsce, które zamiast klasycznych, „poważnych” eksponatów, gromadzi przedmioty codziennego użytku z czasów PRL-u i lat 90. Zobaczysz tu kultowe zabawki, proporczyki, pralkę Franię, syfony, a nawet legendarne magnetofony Kasprzak. Nie da się wszystkiego wymienić. Przejdziesz się po salonie babci z nieśmiertelną meblościanką, zajrzysz do dawnej kuchni, sali lekcyjnej, gabinetu lekarskiego oraz gabinetu PRL-owskiego dygnitarza. Jest też sala dla dorosłych…
Ostrzeżenie: Wizyta w tym miejscu grozi nagłym atakiem nostalgii i niekontrolowanym wypowiadaniem zdania: „O rany, też to miałem!” co najmniej kilkanaście razy podczas zwiedzania!
Po dawnej świetności Fabryki Dywanów pozostała monumentalna mozaika na elewacji budynku. Niby jest pod opieką, niby ktoś o nią dba ale warto tu przyjechać i ją zobaczyć. Póki jeszcze jest. Jutro może jej nie być.
Ostatnim punktem na dziś była wieś, której też już w zasadzie nie ma.
Kościół św. Jana Chrzciciela w Miedziance to jeden z niewielu budynków, jakie
przetrwały w Miedziance – miasteczku, które dosłownie zapadło się pod ziemię i
zniknęło na skutek intensywnej i rabunkowej działalności górniczej, głównie
wydobycia uranu. XIX-wieczna świątynia stoi dumnie na wzgórzu, będąc niemym
świadkiem fascynującej i tragicznej historii tej zatartej metropolii.
Dzień zamknąłem w Jedlinie Zdrój, gdzie znalazłem nocleg. To był bardzo
intensywny dzień.
Dzień 3
Kolejny dzień to eksploracja dolnośląskich perełek.
W Świdnicy, czyli rodzinnym mieście legendarnego „Czerwonego Barona” – najskuteczniejszego
asa lotnictwa I wojny światowej – stanęła wierna replika jego słynnego
trójpłatowca Fokker Dr. I. Czerwony samolot umieszczony w parku przyciąga wzrok
i przypomina o historii lotnictwa oraz o samym pilocie. To świetny punkt
fotograficzny dla miłośników militariów. Przyznaję, że choć wiedziałem kim był Manfred
von Richthofen zwany „Czerwonym Baronem” i trochę znałem jego historię bitew to
nie wiedziałem, że urodził się w Świdnicy.
A ze Świdnicy dalej w drogę. A drogi tu piękne, kręte, wąskie i doskonałe do
podróży motocyklem.
I tak dojechałem do Dzierżoniowa – dawnej stolicy polskiej radiotechniki, w
której działały słynne Zakłady Radiowe Diora. Zestawy takie jak Elizabeth,
Tosca, Radmor, czy późniejsze zestawy z serii SSL (np. SSL-042 czy zestaw z
popularnym wzmacniaczem Ws-354 i tunerem As-952) dla fanów były „mrocznym
przedmiotem pożądania”. Czy wiecie, że tutaj produkowano telewizory Alladyn
sterowane pilotem? (moi rodzice taki mieli w domu). Co prawda pilot był na
kablu a lampowy telewizor czarno-biały miał przekątną 19 cali, ale jednak. To
tutaj produkowano radioodbiorniki Śnieżka, Sudety, Ślązak…
Dziś po potężnych zakładach nie pozostał nawet kamień a wystawa produktów Diory
jest częścią muzeum miejskiego. Dostać się do tego muzeum nie było łatwo - drzwi zastałem zamknięta. Zadzwoniłem więc dzwonkiem i w drzwiach stanął zaskoczony pracownik. Okazało się, że byłem jedynym zwiedzającym więc miałem przewodnika extra, tylko dla siebie. Co ważne - mogłem dotykać eksponaty, kręcić gałkami a mój opiekun był zachwycony, że pytałem i sam opowiadałem swoje historie związane z eksponatami. Eksponat opowiadał o eksponatach...
Stamtąd prosto w Góry Sowie – tajemnicza, betonowa "Muchołapka" w Ludwikowicach Kłodzkich wciąż zmusza do myślenia: platforma testowa dla Vril, czy po prostu chłodnia kominowa? Klimat tego miejsca wylewa się z każdego zakamarka. Obiekt jest dziś częścią ciekawego Muzeum Molke.
Z Gór Sowich skierowałem się na Opolszczyznę i Śląsk. Pałac w Kopicach – choć w ruinie – wciąż zachwyca dawną potęgą. Nazywany „śląskim Kopciuszkiem”, to jedna z najwspanialszych, a zarazem najbardziej spektakularnych ruin pałacowych w Polsce. Niegdyś baśniowa, neogotycka rezydencja należąca do rodu Schaffgotschów, po II wojnie światowej została rozgrabiona i podpalona. Mimo katastrofalnego stanu, monumentalne mury otoczone wodą i parkiem wciąż zapierają dech w piersiach. Cieszy fakt, że aktualnie obiekt jest poddawany rewitalizacji i baba-ziaba nie ma do pałacu bezpośredniego dostępu.
Dalej kultowa Radiostacja w Gliwicach, drewniany kolos robi największe wrażenie z bliska. To najwyższa drewniana konstrukcja w Europie (111 metrów), zbudowana w całości z modrzewiowych belek połączonych mosiężnymi śrubami. Miejsce to zapisało się w podręcznikach historii z powodu tzw. prowokacji gliwickiej z 31 sierpnia 1939 roku, która posłużyła Hitlerowi jako pretekst do ataku na Polskę. Warto o tym poczytać.
I na koniec dnia absolutny przeskok do innego uniwersum, czyli Alvernia Studios - niezwykle futurystyczne kopuły prywatnych wytwórni filmowych położone tuż przy autostradzie A4, przypominające z zewnątrz bazę kosmiczną obcych lub laboratoria z filmów science-fiction. Charakterystyczne kopuły połączone szklanymi tubami kryją w sobie jedne z najnowocześniejszych studiów dźwiękowych i filmowych na świecie. Choć wnętrza nie mogłem zwiedzić bo dotarłem tam zbyt późno, to sam widok z zewnątrz robi kolosalne wrażenie. Tak kosmicznie trochę zakończyłem ten dzień.
Dzień 4
Następnego dnia z kosmicznych klimatów szybko zszedłem na ziemię w
Jownikach, by strzelić fotkę przy pomniku motocykla HDK. Unikalny i jedyny w
swoim rodzaju pomnik motocykla, postawiony na pamiątkę zlotów i lokalnej
społeczności motocyklowej (związany z Klubem Motocyklowym HDK). To ciekawa,
nieszablonowa atrakcja przydrożna, idealna na krótki przystanek i pamiątkowe
zdjęcie, jeśli podróżujesz jednośladem lub po prostu lubisz takie klimaty.
Nie byłbym sobą gdybym nie wyłuskał kolejnego
muzeum motoryzacji. W Jasienicy Rosielnej odwiedziłem prywatne, pasjonackie
muzeum motoryzacji. Zrodzone z miłości do starych pojazdów. Zobaczysz tu
kultowe auta z epoki PRL-u, zabytkowe motocykle oraz traktory, które dawniej
pracowały na polskich wsiach.
I już na dziś. Przyszedł zatem czas na
absolutny klasyk każdego motocyklisty – Bieszczady. Droga do bieszczadzkiej
Siekierezady w Cisnej smakowała wybornie, mimo że asfalt momentami był
zdradliwie mokry. Zapach drewna, siekiery wbite w stoły i niepowtarzalny
klimat. Tu koncert, tam koncert. Co będę siedział a domku...
Nazwa tego miejsca nie pozostawia wątpliwości
co do jego charakteru i nawiązuje do książki Edwarda Stachury o takiej właśnie
nazwie. Atmosfera baru, zainspirowana bieszczadzkimi legendami, sprawia, że czujesz
się jak w prawdziwej krainie czarów. Nie brak tam wyśmienitych trunków i smakowitych
potraw, ale i klimatycznych, często oszałamiających dekoracji, które przenoszą gości w świat magicznych
bieszczadzkich opowieści. Siekierezada to nadal miejsce, gdzie spotykają się
ludzie z pasją do życia i sztuki, tworząc niepowtarzalną atmosferę, którą
trudno znaleźć w innym miejscu.
Dzień 5
Ten dzień zacząłem o próby dojechania do
miejsca wypału węgla drzewnego w Łopience. Próby udanej. Wypał węgla drzewnego
w Łopience to jedna z ostatnich działających tradycyjnych wypalarni w
Bieszczadach. Cały proces odbywa się w stalowych piecach zwanych retortami,
gdzie drewno liściaste (głównie buk) poddawane jest pirolizie (prażeniu) bez
dostępu tlenu w temperaturze ok. 800°C. Retorty to cylindryczne to piece o
średnicy 2,8 m i wysokości ok. 2,65 m, projektowane m.in. przez SGGW. Cały cykl
wypalania węgla trwa około 48 godzin, ostudzony węgiel jest wyjmowany, gotowy
do użycia. A później ładujemy go do grilla, na grilla karczek, kiełbaska,
kaszaneczka... No i piwko, konieczne zimne. Ale najważniejsze to ludzie wokół.
Muszą być, bo kto robi grilla sam dla siebie?
Ale się
rozmarzyłem. Przyjdzie czas i na to. Jadę dalej aż do monumentalnego pałacu w
Krasiczynie. Obiadek był przedni a sam „budyneczek” też niczego sobie. Krasiczyński
zamek to jeden ze wspanialszych skarbów architektury renesansowo -
manierystycznej nie tylko w Polsce, ale i w Europie. Głównymi budowniczymi byli
Stanisław i Marcin Krasicki. Z zewnątrz zamek w Krasiczynie przez kilkadziesiąt
ostatnich lat był odnawiany, w efekcie czego dziś prezentuje się wspaniale.
Dziedziniec wywołuje efekt Wow!. Zamek otaczają 4 baszty, ale pewnie nie każdy
wie, dlaczego każda jest inna. Każda bowiem powstała dla kogo innego. Dziś dla
turystów niedostępna jest tylko jedna baszta - królewska. Mieszczą się w niej
hotel i biura.
Dalej w drogę. Brzuszek pełen więc dalej. Do
Rzeszowa. A po co? Na dobranockę. A dokładniej do Muzeum Dobranocki.
Najstarszą polską animację na dobranoc, czyli „Jacka i Agatkę” wymyśliła Wanda
Chotomska. Dobranocka ta pojawiła się na czarno-białych telewizorach w
październiku 1962 roku była wyświetlana trzy razy w tygodniu. Opowiadała o
perypetiach rodzeństwa: grzecznej Agatki i jej młodszego, psotnego brata Jacka.
Ich zachowania i pomysły komentowała przez ścianę sąsiadka – pani Zosia.
Bohaterowie tej dobranocki byli pacynkami, składającymi się z nałożonej na dłoń
animatorki czarnej rękawiczki i malowanej główki wykonanej z piłeczki
pingpongowej. Dobranocka była nadawana przez 11 lat i cieszyła się ogromną
popularnością, imieniem Jacka i Agatki nazywano szkoły i przedszkola,
powstawały zabawki, a nawet seria kosmetyków.
Ale nie tylko tych bohaterów możecie zobaczyć w Muzeum Dobranocek w Rzeszowie.
Jakże miło jest wrócić do świata bohaterów dzieciństwa takiego starucha jak ja
– Miś Uszatek, Colargol, Piaskowy Dziadek, Pingwinek Pik-Pok...
Obserwując małe dzieci zwiedzające to muzeum zauważyłem, że dla nich ci
odschoolowi bohaterowie wcale nie były nudni a wyświetlane bajki o przygodach
Baltazara Gąbki oglądali jak zauroczeni.
Skoro dobranocka to zatem dobranoc... Jutro też jest dzień.
Dzień 6
A sokoro rzeczywistość to musiałem go zobaczyć
by mieć swoje zdanie.
Olbrzymi orzeł, którego ciało jest wkomponowane w płomienie. Skrzydła pokryte
płaskorzeźbami przedstawiającymi sceny bestialskich mordów, z ciałami dzieci
nabitymi na sztachety płotu. W samym sercu monumentu wycięty krzyż, a w nim trójzębne
widły z nabitym ciałem dziecka. Na skrzydłach i podstawie wyryte nazwy
miejscowości, w których doszło do eksterminacji ludności polskiej. Tak można
opisać pomnik „Rzeź Wołyńska” w Domostawie.
Zobaczyłem go i mam swoje zdanie. Ten pomnik pokazuje jakie konsekwencje niesie
ludzka nienawiść generowana i podsycana przez polityków. Od zawsze.
Musiałem trochę ochłonąć. Dobrze, że droga,
którą miałem przed sobą wiła się pięknie, była równa i pusta. Tak przejechałem
kilka kilometrów by dotrzeć do... Hollywood. Ludzie to mają jednak wyobraźnię.
UFO w Emilcinie – bliskie spotkanie z
przedstawicielami obcej cywilizacji. Według rolnika, Jana Wolskiego, 10 maja 1978
roku wracając z Dąbrowy Pusznieńskiej miał zostać zaczepiony przez dwóch
niskich przybyszy, ubranych w czarne kombinezony z kapturami. Mieli oni
porozumiewać się za pomocą ostrych i piskliwych dźwięków. Po przejechaniu około
trzystu metrów zauważył wiszący na wysokości 4–5 metrów srebrzysty wehikuł. Z
owego wehikułu miała obniżyć się platforma, z której wyszedł przybysz
zapraszający Wolskiego do środka. Wolski miał wejść do środka, gdzie poddał się
badaniom. W środku znajdowało się również kilka kawek i wron. Po badaniach
Wolski miał wyjść z pojazdu kosmicznego i pożegnać się z kosmitami. Tak było...
I dojechałem tam, gdzie zawsze chciałem być, do
słynnej "Szkoły Orląt" w Dęblinie, czyli Lotniczej Akademii Wojskowej. Nie dane mi było
kończyć tej uczelni ale mogłem przynajmniej zwiedzić Muzeum Sił Powietrznych w
Dęblinie. Prawdziwy raj dla miłośników lotnictwa, zlokalizowany tuż przy
„Szkole Orląt”. Na ogromnej ekspozycji plenerowej zgromadzono ponad 80 statków
powietrznych: od myśliwców przez śmigłowce, aż po gigantyczne samoloty
transportowe, do wnętrza niektórych z nich można wejść co oczywiście zrobiłem. Wszedłem
również na pokład Jaka-40, tego, któremu udało się wylądować w Smoleńsku przed
TU-154M...
Wystawy wewnętrzne genialnie dokumentują historię polskiego munduru i techniki
lotniczej. To były moje młodzieńcza marzenia.
Dalej w drogę. Z czym kojarzą się wam nazwy:
Beskid, Ogar, Wars? A wiecie jak wyglądała Syrena 110? A Warszawa 210? No
właśnie te perełki mogłem podziwiać na terenie.... Zabytkowej Huty Żelaza w
Chlewiskach. Dziwne miejsce na taką ekspozycję a jednak. Sporo tam takich
rarytasów motoryzacyjnych. Ale oczywiście dla fanów hutnictwa Wielki Piec też
sią znajdzie.
Wracam już do domu. Jadę sobie, jadę, aż tu
nagle grzejnik stoi, na środku rynku. Taki zwykły, żeliwny, żeberkowy. Pewnie
niektórzy w blokach nadal je mają bo skoro Odlewnia Żeliwa w Stąporkowie
produkowała około 10 milionów żeliwnych żeberek rocznie zaspokajając 96%
zapotrzebowania w Polsce to nie dziwne. I ten grzejnik ma tu, w Stąporkowie
swój pomnik w skali 4:1. Duży zatem grzejnik to jest. Ciekawa sprawa.
Chyba pogoda dowiedziała się, że kończę swoją
wyprawę bo zdecydowała uprzykrzyć mi dalszą drogę. Jechałem więc znów w
przeciwdeszczówkach w ulewie i burzy, wietrze i chłodzie. Ale nie żałuję. To
były piękne dni. Zobaczyłem miejsca, o których czytałem w necie. Mam teraz
swoje zdanie na ich temat.
Jeśli moja relacja spodobała się do napisz coś w komentarzu, jeśli tekst jest do bani, to też napisz. Możesz też wyrazić swoją opinię na moim fejsbukowym profilu Za Zakrętem.

















































































































































































































Komentarze
Prześlij komentarz
Napisz co o tym myślisz.